Friday, August 31, 2007

Z prof. Andrzejem Zybertowiczem, doradcą premiera ds. bezpieczeństwa,


Z prof. Andrzejem Zybertowiczem, doradcą premiera ds. bezpieczeństwa,
rozmawia Zenon Baranowski

Podtrzymuje Pan twardo swoje twierdzenia odnośnie do Zygmunta Solorza. Podczas procesu liczy Pan na ich szerokie upublicznienie?
- W krajach demokratycznych przewód sądowy z założenia jest jawny i stanowi element edukacji obywatelskiej. Powinien on tak przebiegać, żeby była równość stron i żeby prawda i sprawiedliwość zwyciężyły. Liczę, że tezy, które dotychczas nie były dość jasno udokumentowane o działaniu układów biznesowych przetkanych powiązaniami agenturalnymi, przed sądem będą mogły się ostać, zostać udokumentowane i przekazane opinii publicznej.

W odpowiedzi na pozew wymienia Pan osiem osób powiązanych z Solorzem, które współpracowały ze służbami specjalnymi. Dotarł Pan do kolejnych nazwisk. Jakich?
- Jedno nazwisko już wymieniłem na konferencji. Jest to Andrzej Szeląg. To człowiek mający życiorys działacza młodzieżowego w PRL-u, który uczestniczył w przedsięwzięciach biznesowych Solorza. Inną osobą, która była związana z Polsatem, jest Lech Falandysz ujawniony na liście Macierewicza jako TW. Zresztą sam Falandysz w swojej książce "Adwokat prezydenta", opublikowanej trzy lata później, przyznał się do tego, że współpracował z SB. Pełną listę osób przedstawię na zjeździe socjologicznym 14 września w Zielonej Górze. Wszystkie te powiązania będą udokumentowane.

Czy z Pańskich badań wynika, że także wobec innych środowisk biznesowych, np. TVN, można wyciągnąć podobne wnioski jak w przypadku Solorza i Polsatu?
- Wiele rzeczy pozostaje do zbadania, ale sądzę, że środowisko biznesowe kojarzone z Zygmuntem Solorzem nie jest jedynym środowiskiem, w którym kluczową rolę odgrywają osoby związane z tajnymi służbami. Myślę, że stopniowo w miarę pracy komisji weryfikacyjnej WSI, w miarę pracy IPN, w miarę postępu innych badań będą odsłaniały się kolejne warstwy tworzenia się kapitalizmu w Polsce. Będziemy widzieli, że w wielu operacjach koncesyjnych, prywatyzacyjnych kluczową rolę odgrywali funkcjonariusze lub tajni współpracownicy specsłużb.

Nie ma Pan wrażenia, że ten atak pozwów i wobec autorów raportu likwidacyjnego WSI i osobiście wobec Pana jest po to, żeby na drodze sądowej zakazać mówienia prawdy o ukrytych układach?
- Jeśli jest środowisko, które sukcesy odnosi m.in. dzięki temu, że działa tajnie, że ma przełożenia na różne środowiska, które nie są widzialne i ktoś to odsłania, to podejmuje ono różne działania, żeby chronić swoją pozycję. Trzeba to postrzegać jako grę interesów. Są jedni, którzy chcą odsłonić niejawne powiązania, żeby społeczeństwo wiedziało, kto jest czyim sojusznikiem, i inni, którzy wykorzystują dostępne w demokracji metody - np. drogę sądową - żeby to odsłonięcie zablokować. Proszę pamiętać, że już dawno badacze skuteczności amerykańskich systemów sądowych stwierdzili, iż często wygrywają ci, którzy mają więcej zasobów, więcej pieniędzy niż ci, którzy są po stronie prawdy.

Komisje śledcze mogą być po wyborach


Komisje śledcze mogą być po wyborach


Z premierem Jarosławem Kaczyńskim rozmawiają Ewa Sołowiej, Katarzyna Orłowska-Popławska i Magdalena M. Stawarska

Panie Premierze, wczorajsze zatrzymania to efekt śledztwa? Czy raczej przedwyborczy fajerwerk?
- Z całą pewnością jest to zbieg okoliczności w tym sensie, że to są decyzje prokuratorów, a nie decyzje polityczne. Zatem związki z polityką są wyraźnym i całkowitym zbiegiem okoliczności. Natomiast jeżeli mowa o oczyszczaniu się przed opinią publiczną, to raczej chodzi nam nie tyle o to, by się oczyszczać, ale by skorygować przed obywatelami te kłamstwa, które opozycja i część mediów w tej chwili rozpowszechniają. Ale czy ono nastąpi, czy też nie, tego nie wiem.

Roman Giertych podkreślił, że chce Pan w ten sposób udowodnić swoje chore racje. Natomiast Donald Tusk, mówiąc o zatrzymaniach, powiedział, że przypomina to "porachunki mafijne, kiedy to świadek koronny chce przełamać zmowę milczenia".
- Jak można odpowiadać na tego rodzaju złośliwe i skrajnie niemądre wypowiedzi. Jeżeli ktoś się tutaj czegoś boi, to boi się opozycja, bo w tej chwili najwyraźniej boi się i wyborów, i działań wymiaru sprawiedliwości. Najwyraźniej ma się czegoś bać. My nie mamy żadnego powodu do strachu, nie boimy się wyborów, nie boimy się wymiaru sprawiedliwości.

Ale nie chcecie powołania komisji śledczej.
- Nie chcemy, by powstała komisja śledcza z paru względów. Po pierwsze, to jest komisja śledcza, która nie ma żadnego uzasadnienia merytorycznego, bo organy państwowe do tego powołane wykonują dobrze swoje obowiązki. Po drugie, ta komisja śledcza jest komisją właśnie przeciwko organom państwowym, przeciwko walce z przestępczością, a nie jakby za walką z przestępczością. Komisja w sprawie Rywina czy Orlenu była za tym, żeby państwo reagowało na przestępstwa, a to jest reakcja na to, że właśnie państwo reaguje na przestępstwa. Czyli, krótko mówiąc, to jest jakby komisja, która jest przeciwko celom komisji, jakie ustala ustawa. My w tej chwili, w tym nastroju kompletnie nie wierzymy w to, żeby ona była w stanie dochodzić do prawdy. Ona będzie promowała i głosiła kłamstwa różnego rodzaju oszustów. Oczywiście wszyscy oskarżeni w przestępstwach ogłoszą się męczennikami. I dlatego czekamy do wyborów, bo sądzimy, że po wyborach skład parlamentu będzie taki, że będzie można powołać, jeśli już koniecznie będą chcieli, obiektywną komisję śledczą, która - jeśli taka będzie wola większości - nie tyle wyjaśni te sprawy, gdyż tam nie ma nic do wyjaśnienia, ile pokaże je opinii publicznej.

Zaatakował Pana również Andrzej Lepper. Zapowiedział, że w poniedziałek ujawni nowe fakty dotyczące spółki Telegraf, z którą związany był Pan i Pański brat.
- To jest najlepszy dowód ich bezradności. Sięganie do nieistniejącej nigdy afery sprzed 16 czy 17 lat. Przy czym - powtarzam - to była afera czysto medialna. Ktoś pokaże jakąś sprawę, z jakiegoś procesu karnego czy jakiegokolwiek działania organów państwa, które wtedy były do nas skrajnie wrogo nastawione. Bo i Wałęsa był wtedy do nas wrogo nastawiony, i Unia Demokratyczna była skrajnie wrogo nastawiona, i komuniści byli skrajnie wrogo nastawieni. A to oni po kolei wtedy rządzili. Takie działanie ze strony lidera Samoobrony pokazuje, że Lepper szaleje ze strachu.

Dzisiaj Pan mówi, że w sprawie Kaczmarka się pomylił. To znaczy, iż pomylił się Pan także w sprawie koalicji z Lepperem i Giertychem? Może wcześniejsze wybory to też pomyłka i nie dojdzie do nich w tym roku?
- Sądzę, że będą, przynajmniej mam nadzieję, że będą, bo wybory są w tej chwili w Polsce bardzo potrzebne. Dalej nie można już tego w ten sposób ciągnąć i musi być decyzja społeczeństwa. Co prawda przy obecnym stanie mediów ta decyzja będzie być może skorygowana przez zalew kłamstwa, ale trudno, trzeba zaryzykować.

Ale chyba opozycja i tak jest zdziwiona wysokim poparciem dla Was?
- Po takim bombardowaniu w mediach to rzeczywiście można się zastanawiać, ale to jest tak, że są media i jest rzeczywistość tworzona przez media, i jest ta prawdziwa rzeczywistość, która jest naprawdę dobra. To są najlepsze czasy od bardzo wielu już nie tylko lat, ale dziesięcioleci, jeżeli chodzi o wyniki gospodarcze, społeczne, poczucie bezpieczeństwa, przywracanie pewnej historycznej sprawiedliwości także w sferze symbolicznej. To wszystko są, przynajmniej dla tej części Polaków, którym na tym zależy, naprawdę bardzo dobre lata. Natomiast to, co jest przedstawiane w mediach, nijak się ma do rzeczywistości i jednak sporo spośród Polaków to zauważa.

Jest Pan zawiedziony zachowaniem Donalda Tuska?
- Donald Tusk zdeklarował się w czasie rozmowy u prezydenta jednoznacznie, że jest za wyborami, za samorozwiązaniem. A w tej chwili - co tu dużo mówić - to jest po prostu kręcenie.

Dojdzie do kolejnego spotkania prezydenta z szefem Platformy?
- Sądzę, że nie, bo Donald Tusk znów popada w ten nastrój, który takie spotkania bardzo utrudnia, chociaż to jest oczywiście decyzja prezydenta. Ale widzimy, że znowu wraca ten nastrój, który trwał bardzo długo, a który myśleliśmy, że już się skończył. Teraz widać, że Donald Tusk jest bardzo nieodporny.

Panie Premierze, Prawo i Sprawiedliwość będzie jednoznacznie dążyło do wcześniejszych wyborów, nawet wbrew opozycji? Sytuacja jest tak skomplikowana, że nawet nie wiadomo, czy 7 września faktycznie dojdzie do głosowania nad samorozwiązaniem Sejmu.
- Nie ma w tej chwili sposobu, żeby skłonić marszałka, by tego nie robił. Można oczywiście przerywać, składać wnioski formalne, przegłosowywać przerwy - mówiąc najkrócej, można się po prostu awanturować. Sądzę, że przynajmniej Platforma zdaje sobie sprawę z tego, że jej to nie służy. Jeśli jakaś partia, tak jak LPR, ma w sondażach 2,2 proc. czy 2,5 proc., to może się obawiać, że nie będzie miała
5 proc., chociaż nigdy nie należy mieszać sondaży i rzeczywistego wyniku wyborów, bo to często zupełnie się ze sobą nie zgadza, ale jest duże prawdopodobieństwo, że nie przekroczy tych 5 proc., tym bardziej że ma już za sobą doświadczenie z wyborów samorządowych. Zatem jeżeli taka partia się awanturuje, to jest oburzające, a jednocześnie można powiedzieć, że jakoś tam zrozumiałe. Ale jeżeli Platforma, która na pewno wejdzie do parlamentu, się awanturuje, to sądzę, że będzie tylko na tym traciła, bo będzie się po prostu kompromitowała i po raz kolejny pokazywała, że nie jest poważną partią.

Sądzi Pan, że opozycja zaprzestanie destrukcji, a Platforma poprze wniosek o samorozwiązanie?
- Może przynajmniej częściowo się to skończy, to znaczy, że już nie pozwolą, nie będą automatycznie głosowali za wnioskami Giertycha. Powtórzę to, co już raz powiedziałem, że dziś na czele Platformy Obywatelskiej stoi Roman Giertych, i to podtrzymuję. Zresztą pisze o tym nawet prasa, nie tylko mnie cytując, ale z własnej inicjatywy opisując sytuację. Przywódcą opozycji jest w tej chwili Roman Giertych. Mamy obecnie mniejszościowy rząd i większościową opozycję, na czele której stoi Roman Giertych. To skądinąd pokazuje, jak mizernej klasy politykami są ludzie Platformy Obywatelskiej.

Niewiele, Panie Premierze, wskazuje na to, że Platforma Obywatelska zachowa się tak, jak Pan sugeruje. Opozycja będzie zainteresowana tym, żeby PiS wykrwawiało się jak najdłużej.
- Można oczywiście w ten sposób tę sprawę stawiać. Tak to rzeczywiście wygląda, chociaż bardzo radykalny polityk Platformy, bardzo agresywny, chociaż ostatnio bardziej niż Donald Tusk hamujący się - Bronisław Komorowski - powiedział, że oni nie będą tak dalej działać pod wodzą Romana Giertycha. Zobaczymy, jak to będzie wyglądało. W tej chwili trudno coś przewidzieć na sto procent.

Nie bierze Pan w ogóle pod uwagę powrotu do jakiejkolwiek koalicji w Sejmie?
- Ta koalicja miała dwie twarze - jedną dobrą, dzięki której dało się wiele spraw załatwić. I mógłbym tu długo Paniom wyliczać, ale nie chcę kolejny raz tej wyliczanki przedstawiać, gdyż często to robię, ale bez specjalnych skutków, tzn. jest to traktowane per non est. Jakoś media nie chcą tego przyjąć do wiadomości, choć to są oczywiste fakty. I miała drugą twarz - nieustannej awantury, nieustannych prób wyciskania czegoś. A w tym wszystkim miała jeszcze trzecią twarz i to była twarz nadużycia, przestępstwa po prostu. To wyszło na jaw niedawno i zamknęło sprawę. Pomogły zbiegi okoliczności, ale prawda jest poza dyskusją.

Ilu posłów po wyborach będzie miało PiS?
- Już mówiłem, że poniżej 280 w ogóle nie przyjmuję do wiadomości. 280 ma być, w przeciwnym razie wszystkich najpierw zdymisjonuję, a potem sam się podam do dymisji

Podtrzymuje Pan zdanie, że ataki na ministra Ziobrę wynikają z wysokich słupków poparcia w sondażach?
- Sądzę, że to jest bardzo poważny powód tych ataków, może jeden z najpoważniejszych, ale przede wszystkim jest to wielki strach. Mam takie wrażenie, że jest wielu ludzi, o których ja nic złego nie wiem, a którzy sami o sobie znacznie więcej wiedzą, dlatego się bardzo boją. Mam takie wrażenie, może niesłuszne, ale uczciwie to mówię, bo ta histeria wokół tych spraw to jest histeria ludzi, którzy mają coś do ukrycia.

Opozycja tak łatwo jednak nie zrezygnuje z "głowy" Ziobry...
- Odpowiedni wniosek został złożony wraz z innymi, bo przecież są jeszcze wnioski o odwołanie wszystkich ministrów i to będzie bodajże 7 września głosowane, także jest szansa. Tego rodzaju wniosek o odwołanie wszystkich ministrów jest w istocie ominięciem prawa, bo to jest próba zrobienia wotum nieufności bez wotum nieufności, i w związku z tym ja też odpowiednio się do tego przygotuję i nie pozwolę na tego rodzaju gierki.

Monday, August 13, 2007

Z Antonim Macierewiczem, szefem Służby Kontrwywiadu Wojskowego


- Uważam, że dużą słabością polskiego życia publicznego jest nieustanne kwestionowanie wszelkich ustaleń. Czasem sprowadza się to do swoistego przetargu politycznego niemającego związku z faktami. Pamiętam, jak w roku 1992 komisja powołana przez siły, które obaliły rząd Jana Olszewskiego, podważała wszystkie moje ustalenia dotyczące osób odnotowanych jako współpracownicy SB. Ba, nawet sądy wydawały orzeczenia nakazujące przeproszenie tych ludzi. Dziś wielu z członków tej komisji publikuje wyznania potwierdzające, że miała rację. Tyle że wówczas kierowali nagonkę przeciwko mnie... Nie mam więc nic przeciwko jakimkolwiek instytucjom odwoławczym. Ale przypominam, że raz już to przerabialiśmy...

Prokuratura nie wykluczyła jednak, że mogły być pewne wątpliwości co do umieszczenia nazwisk osób występujących w tym raporcie; powinny być przesłuchane, etc.
- Istotą stanowiska prokuratury, na które się pani powołuje, jest odrzucenie wniosków o wszczęcie postępowania przeciwko mnie. Cytuje pani fragmenty wyrwane z kontekstu i nie wpływające na ostateczne stanowisko. Prokuratura te wnioski odrzuciła.

Kiedy będą aneksy do raportu?
- Termin wyznaczą premier i prezydent, bo tak stanowi ustawa. Nie ma jeszcze tego terminu. Ustawa pozwala premierowi i prezydentowi na publikowanie przygotowanych przeze mnie aneksów po odnalezieniu każdego nowego dokumentu dotyczącego kwestii, jakie omawia raport. Pozwala, ale nie obliguje. Natura tych archiwów i działania dawnego WSI była taka, że materiały były ukrywane, wynoszone, często niszczone. Na szczęście, nie zawsze skutecznie, zwłaszcza jeśli chodzi o formę elektroniczną. Nowoczesna technika pozwala je odzyskać w całości lub w części. Gdybyśmy każdy nowo odnaleziony dokument publikowali jako aneks, to codziennie by państwo mogli pierwszą stronę rezerwować na te publikacje. Gromadzimy i analizujemy te dokumenty i opublikujemy je w następnym tomie raportu. Jesienią będziemy gotowi, a decyzję o terminie podejmą prezydent i premier.

Co będzie w tych materiałach?
- Koncentrujemy się na tych kwestiach, które były już podjęte w raporcie. Pewne wątki zasygnalizowane tylko w raporcie zostaną rozszerzone i doprecyzowane. Na przykład problematyka bankowa. Jednym z problemów, które przed nami stoją, jest odnalezienie osób, które nielegalnie dysponowały pieniędzmi WSI, i miejsc, gdzie te pieniądze są przechowywane.

W aneksie będą ich nazwiska?
- Tak, ale trzeba się liczyć z tym, że jeśli materiał dowodowy nie będzie pełny, wtedy przed publikacją tych nazwisk się wstrzymamy.
Przypominam, że skutkiem pierwszego raportu ponad sto osób zostało skierowanych do postępowania prokuratorskiego w ramach czternastu zawiadomień o możliwości popełnienia przestępstwa. Jak wiadomo, później skierowano jeszcze 360 wniosków do prokuratury. I tutaj będzie podobnie, chociaż co do liczby, to nie mogę przesądzać.

Co Pana najbardziej zaskoczyło podczas analizy dokumentów?
- Nie mogę powiedzieć, że przeżyłem jakieś olbrzymie zaskoczenie w stosunku do mojej czasem pełniejszej, czasem szczątkowej, ale jednak pewnej wiedzy na temat sposobu działania postkomunistycznych służb wojskowych. Oczywiście skala pewnych zjawisk mnie zaskoczyła: chodzi o zakres penetracji gospodarki, która jest znacznie większa, niż sądziłem. Dotyczy to zwłaszcza bankowości i najnowocześniejszych gałęzi przemysłu.

W jaki sposób jest to mierzalne?
- Liczbą osób związanych ze służbami wojskowymi, umiejscowionych w poszczególnych sektorach gospodarczych i w przedsiębiorstwach oraz podejmujących tam kluczowe decyzje pod dyktando służb.
Jeżeli jest tak, że prezes jednej z największych spółek czy członek zarządu będący tajnym współpracownikiem służby, podejmując strategiczną decyzję dotyczącą gigantycznych sum, najpierw pyta szefa służby, czy ma zrobić tak, czy inaczej, a dopiero później podejmuje decyzję w ramach sformalizowanego kierownictwa tej spółki czy tego przedsiębiorstwa, to mamy do czynienia z patologią tego przedsiębiorstwa. Tak naprawdę okazuje się, że często decyzje zapadały zupełnie gdzie indziej i w oparciu o zupełnie inną motywację, niż sądzimy. Równie zaskakująca okazała się dla mnie skala patologii ludzkiej, codziennej - WSI stanowiły wyselekcjonowaną grupę ludzką, dobieraną rodzinnie, środowiskowo, partyjnie czy też politycznie: alkoholizm, nieuporządkowane życie rodzinne, nieuczciwość materialna w stosunkach międzyludzkich i służbowych, związana z traktowaniem instytucji państwowej jako absolutnie prywatnego folwarku. To wszystko zrobiło na mnie bardzo złe wrażenie.

W jaki sposób te patologiczne zjawiska widoczne są dzisiaj np. w systemie bankowym?
- Będzie temu poświęcona odrębna część raportu. Ale spójrzmy na to, co się dzieje w miejscach szczególnie dla państwa wrażliwych np. w dziedzinie ochrony informacji niejawnych. W każdej instytucji państwowej (i w wielu prywatnych) działa pełnomocnik do spraw informacji niejawnych. To są ludzie bardzo często wyznaczani przez dawne WSI. Mają oni pełną władzę nad obiegiem informacji. Decydują, jakie informacje komu mogą być udostępnione. Mają więc władzę często większą niż prezes, dyrektor... Przecież bez poświadczenia dostępu do informacji niejawnych nie można w państwie zajmować kluczowych stanowisk. Z tego punktu widzenia WSI, podobnie jak ABW, a dawniej UOP, były istotnymi narzędziami, przy pomocy których państwo dokonuje selekcji i doboru kadr administracyjnych. I ten dobór przez lata całe był w rękach środowisk postkomunistycznych, stąd wiele naszych problemów kadrowych po dziś dzień. W WSI te poświadczenia bezpieczeństwa były często wydawane nielegalnie i bezprawnie, w sposób kumoterski, z łamaniem prawa. I dlatego mamy dzisiaj do czynienia w strukturach państwowych z ludźmi, którzy po pierwsze - nielegalnie dysponują dostępem do tajnej informacji, a po drugie - są uzależnieni od tych, którzy im w nielegalny sposób te poświadczenia wydali. Skierowałem do prokuratury 360 zawiadomień dotyczących tego problemu. A będzie ich więcej, bo chcemy skontrolować wszystkie wydane w przeszłości poświadczenia.

Jak się Panu współpracuje z premierem?
- Bardzo dobrze.

Często Panowie rozmawiają?
- To zależy od potrzeby. Moim zdaniem, nasza współpraca układa się dobrze.

Z Pana raportem wiązano wielkie oczekiwania, miał być swego rodzaju wstrząsem zapoczątkowującym katharsis życia publicznego...
- Jest to jeden z najistotniejszych problemów psychologiczno-politycznych Polski, przynajmniej od 1989 roku. Społeczeństwo po sytuacji totalitarnej sądziło, że informacja jest tożsama z konsekwencjami prawnymi. A więc z wyrokiem więzienia, z usunięciem ze stanowiska, z realną naprawą, zmianą stanu istniejącego. Tak być powinno, ale niestety nie jest. Wynika to z niedowładu poszczególnych segmentów państwa. Oczywiście, powinno być tak, że jeżeli jest miarodajna informacja w Monitorze Rządowym i jeżeli są zawiadomienia o popełnieniu przestępstwa, to powinno mieć to swoje konsekwencje w życiu publicznym. Ale to niestety często zależy od sytuacji politycznej, realnej siły państwa, i stąd ten zawód. Raport ujawnił bardzo szeroki zakres opanowania mediów przez agenturę dawnego Zarządu II Sztabu Generalnego lub WSI. W istocie dotyczy to prawie wszystkich centralnych gazet i prawie wszystkich stacji telewizyjnych. Czyli dokładnie stało się to, o czym mówiono od początku. Ale gdy fakty zostały ujawnione, media oceniły te wydarzenia jako rzekomo błahe. Czyli meritum się nie zmieniło, tylko zmieniła się propaganda wokół tego. Dlaczego? Być może dlatego, że objęły wszystkich w podobnym wymiarze.

Ale oczekiwania społeczne były takie, że ten problem nie tylko zostanie zdiagnozowany i nazwany, ale również wyeliminowany.
- Państwo polskie po raz pierwszy walczy z patologiami, które są chronione przez nieprawdopodobnie silne lobby. Nie zawsze wygrywamy. Stąd czasem zawód. Mam nadzieję, że to się zmieni. Dlatego tak ważne jest trwanie i przetrwanie obecnego kierunku działania władzy publicznej, wiązanego z rządem Jarosława Kaczyńskiego. Bo nie jest to problem, który można rozwiązać w ciągu miesiąca czy pół roku. Można pokazać zakres patologii publicznie, ale eliminacja zła może potrwać.

Procedury clearingowe zostały już jednak wdrożone.
- Jeżeli chodzi o działania Służby Kontrwywiadu Wojskowego, to procedury clearingowe są w pełni kontrolowane i realizowane. Odbieramy wydane bezprawnie poświadczenia bezpieczeństwa, mianujemy nowych pełnomocników, czyścimy tę sferę życia publicznego.

Ile to potrwa?
- Po pierwsze - trzeba załatwić sprawy z przeszłości; mam nadzieję, że potrwa to do końca roku. Po drugie - trzeba konsekwentnie dbać o to, żeby analogiczne patologie nie narastały teraz, bo błędy czy świadome działania mogą się zawsze zdarzyć.

W jaki sposób wyobraża Pan sobie oczyszczenie przestrzeni życia publicznego, chociażby w mediach?
- Państwo nie ma wpływu na media. Publiczne zależą od układu w Sejmie, prywatne są w ogóle poza jakimkolwiek wpływem.
Mogę jedynie zgłaszać na podstawie informacji zebranych przez służby doniesienie o popełnieniu przestępstwa. Ale praca agenturalna na rzecz Sowietów nie jest w Polsce przestępstwem. Czasem więc odwołujemy się do doświadczenia służb amerykańskich, gdy ścigały Ala Capone.

Zgłasza Pan takie doniesienia?
- Tak.

Z raportu można wywieść potwierdzenie tych wszystkich patologii, o których Pan mówi?
- Nie wiem, czy wszystkich, ale na pewno wielu tak. Przecież raport nie składa się z domniemań czy hipotez, ale wyłącznie z oficjalnych dokumentów państwowych, zeznań świadków i podobnego materiału dowodowego. Jak dotąd we wszystkich sprawach, które skierowałem do prokuratury, zarzuty zostały podtrzymane i śledztwa były rozpoczęte.

Jak Pan ocenia stopień infiltracji mediów przez agenturę?
- Ten problem dotyczy wszystkich wielkich mediów. Ale ani ocena ilościowa agentury, ani ocena według zajmowanych stanowisk nie musi być przesądzająca. W takich sprawach ważna jest skuteczność działania, a to można rozpoznać tak naprawdę przez porównanie raportów z działaniami: wskazywanych celów, dyspozycji, jakie są wydawane danemu agentowi przez służbę, i skutków działania. Jeżeli są media, które systematycznie prowadzą walkę przeciwko ujawnianiu agentury, ośmieszają lustrację, dezinformują opinię publiczną co do zagrożeń militarno-politycznych, jakie przed Polską stoją, ukazują Polaków jako naród, który jest bezradny, który musi być bezradny, który musi być słaby, który nic nie znaczy na forum międzynarodowym, który musi się podporządkować innym, który tak naprawdę najlepiej, żeby przestał istnieć, to trzeba postawić pytanie, czy mamy do czynienia z tak patologiczną myślą polityczną, czy ze świadomym, długofalowym działaniem ośrodków, które prowadzą walkę przeciwko Narodowi Polskiemu. Te pytania są pytaniami, na które służby muszą odpowiedzieć, odsiewając przypadek, jakąś patologiczną myśl polityczną, od rzeczywistego, świadomego działania na szkodę Polski.

A Pan, do której z tych tez się przychyla?
- W różnych sytuacjach różnie. Ale bywa, że mamy do czynienia ze świadomym działaniem skierowanym na szkodę państwa i Narodu Polskiego w bardzo wielu obszarach, także przez ośrodki agenturalne.

Ewentualne wcześniejsze wybory będą sprzyjać narastaniu omnipotencji państwa?
- Z punktu widzenia interesów państwa i Narodu Polskiego w moim przekonaniu jest ważne, żeby jak najdłużej trwała możliwość odbudowy aparatu państwowego i przywracania jego rzeczywistych funkcji w życiu społeczno-narodowym. To się teraz dzieje. Gdyby stało się tak, że nastąpiłaby zasadnicza zmiana ośrodka władzy i polityki, to obawiam się, że ten proces zostanie zablokowany. Chociaż mam nadzieję, że w służbach wojskowych powrót do stanu sprzed 22 lipca 2006 r., czyli momentu objęcia przeze mnie stanowiska szefa Komisji Weryfikacyjnej, już w pełni możliwy nie jest. Zakres wymiany strukturalnej, personalnej oraz zakres ujawniania informacji na temat patologii, zwłaszcza infiltracji rosyjskiej, jest tak duży, że powrót do dawnej sytuacji, w której służby były w pełni kierowane przez ludzi ukształtowanych przez GRU, nie jest już możliwy.
Mówię o tym, bo często, szczególnie ze strony SLD, pada takie stwierdzenie, że obecnie wyrzuca się młodych, prężnych, wykształconych trzydziestolatków, że to nie są żadni komunistyczni agenci. Oczywiście, nie są. Ale czasem są zdemoralizowani. Podczas przesłuchania komisji weryfikacyjnej pytam takiego młodego człowieka, który dzisiaj jest pułkownikiem, a cztery lata temu był majorem czy kapitanem. Pracował w szczególnym biurze, które m.in. zajmowało się weryfikacją przydatności ludzi wysyłanych na misje. 90 proc. proponowanych kandydatur do obsadzenia placówek to były osoby szkolone przez GRU, bo takie kandydatury były przedstawiane przez kolejnych szefów WSI. I ten wspomniany pułkownik to aprobował. Pytałem go, jak to było możliwe, że wykształcony człowiek, absolwent prawa i najlepszych polskich szkół wojskowych, znający zasady socjotechniki, cybernetyki, historii wszystkich służb specjalnych na świecie, znający języki obce wysyła pułkownika czy generała na straconą placówkę. Bo wysłanie do Moskwy czy do innego wschodniego kraju człowieka, który był na szkoleniu GRU, w istocie jest rzuceniem go na pastwę tamtych służb. Oni przecież wiedzą o nim wszystko. Co lubi, czego nie lubi, znają wszystkie słabości tego człowieka, predyspozycje, rodzinę, znajomych. Jeżeli mają taką wiedzę i zaatakują - on nie jest w stanie się obronić. Przecież atak nie polega na tym, że ktoś przychodzi z łomem. Może to być luksusowy samochód, interesujące stypendium, a celem zawsze jest zdobycie informacji, przeciągnięcie na swoją stronę, ukształtowanie według swojego sposobu myślenia i działania. To jest cel. Najbardziej chronioną tajemnicą każdej służby jest osobowość własnych ludzi. Od tego zależy nasza siła, kim dysponujemy, kto jakie realizuje zadania.
Ale wracając do rozmowy z pułkownikiem, pytam go więc, dlaczego on to robi, dlaczego wysyła tego właśnie człowieka w takie miejsce. A on mi na to, że mu nikt nie powiedział, żeby tak nie robił, a GRU to służba taka jak inne. Ten człowiek, tak dobrze wykształcony, zdaje się nie wiedzieć, że GRU była służbą współodpowiedzialną za utrzymywanie Polaków w zależności i podległości totalitarnej, za przelane morze krwi Polaków... To nie jest problem ludzi w wieku Jaruzelskiego, tylko ich wychowanków. A jest ich całkiem spore grono i często są to ludzie bardzo dobrze wykształceni z formalnego punktu widzenia. Tylko mają pewną ułomność - niezrozumienie sensu i znaczenia niepodległości Narodu i państwa polskiego!

A kto ma tych ludzi zastąpić?
- Z tym nie ma problemu.

Funkcjonuje stereotyp, że ci ludzie wychowani przez stary aparat są dobrymi fachowcami.
- Kwestionuję taką fachowość. Służby ochrony państwa są służbami, które w sposób szczególny muszą chronić polski interes narodowy. Tutaj nie obowiązuje zasada domniemania niewinności, tutaj obowiązuje zasada zagrożenia państwa. Więc z całym szacunkiem do wszystkich innych narodów i wszystkich innych służb, my służymy Polakom i Polsce.
Codziennie napływa mniej więcej dziesięć aplikacji i to w 99 proc. ludzi w wieku od 23 do 33 lat, którzy są spoza dotychczasowego układu władzy. Pierwszą procedurę selekcji przechodzi około 30 proc.; do dalszych testów m.in. psychologicznych, pozwalających wybrać właściwe osoby, przechodzą naprawdę najlepsi.

Jaki jest profil kandydata do pracy w służbach? Które cechy są najbardziej pożądane?
- Samodzielność, inteligencja, dyspozycyjność, wytrwałość, zdolność podejmowania trafnych decyzji, odporność na stres, patriotyzm.

Co, Pana zdaniem, jest największym zagrożeniem dla ładu społecznego?
- Trwa bitwa o świadomość narodową. I to jest problem absolutnie kluczowy, bo jego konsekwencją są zachowania ludzkie we wszystkich sferach. W ciągu ostatnich lat mamy do czynienia z próbą realizacji programu, którego założeniem jest dezintegracja państw narodowych. Przez całe lata wspierano propagandę antynatalistyczną, propagandę mającą na celu wykazanie, że mniejszości narodowe są ważniejsze niż Naród Polski. Oczywiście, należy podkreślić lojalność mniejszości wobec państwa polskiego i docenić wkład mniejszości w kulturę polską. Ale mamy do czynienia z próbą manipulowania tymi mniejszościami na korzyść różnych zewnętrznych oddziaływań. Doprowadzono do sytuacji, w której premier musi stawać przeciwko orzeczeniom Sądu Najwyższego, aby bronić własności polskiej kwestionowanej przez Niemców. A przecież nie powinno być tak, iż Sąd Najwyższy wydaje orzeczenie sprzeczne z podstawowym interesem państwowym i narodowym. Stało się tak, gdyż w odpowiednim czasie organa państwowe nie rozwiązały tej kwestii. Chociaż przypomnę, że w roku 2004 i 2005 z inicjatywy Ruchu Katolicko-Narodowego Sejm podjął dwie uchwały, które jasno stwierdzały, że polskie sądy nie będą uznawały orzeczeń w sprawie własności niemieckiej, jeżeli miałyby być one niekorzystne dla Polaków. I Sejm taką uchwałę podjął. Ale następnego dnia pan Włodzimierz Cimoszewicz, wówczas minister spraw zagranicznych, na specjalnej konferencji prasowej stwierdził, że rząd nie będzie tej uchwały akceptował, i cała sprawa została przez media, poza "Naszym Dziennikiem", zupełnie zbagatelizowana. Chociaż Sejm zobowiązał ministra spraw zagranicznych do wysłania not z tą uchwałą do wszystkich rządów i organizacji międzynarodowych i do podjęcia działań wdrażających tę regulację. Ukształtowano jednak taką wykładnię polityczną i prawną, która jest dla polskiego interesu narodowego zasadniczo szkodliwa i tworzy wrażenie prawnego chaosu, zamieszania. Ale chciano tego, chciano zepchnąć państwo polskie w taki zaułek. Powoli się z niego wydobywamy, ale to boli i to jest trudne. Nie ma jednak rzeczy ważnych, które się dzieją bez wysiłku.

Dlaczego ta władza napotyka tak silny opór tzw. elit?
- Najchętniej nie posługiwałbym się słowem "elita". Pochodzę z rodziny profesorskiej i byłem wychowany w kulcie nauki, szczególnej roli inteligencji. I gdy jakiś czas temu zaczęły do mnie docierać informacje o decyzjach władz niektórych wyższych uczelni przeciw ustawie lustracyjnej, kiedy uświadomiłem sobie, że dla pewnej części kadry naukowej najważniejsza jest ucieczka przed prawdą i ukrycie kwestii kolaboracji z sowieckim okupantem, to powiem szczerze, że od tego momentu używanie wobec takich ludzi słowa "elita" uważam za absolutne nieporozumienie. Zresztą są środowiska naukowców, które zaprotestowały wobec takiej postawy senatów wyższych uczelni. W tej grupie znalazło się kilku wybitnych historyków średniego pokolenia, m.in. Marek Barański i Wojciech Fałkowski. Ogłosili swoje stanowisko podczas spotkania w Pałacu Prezydenckim, wskazując na konieczność dokończenia procesu dekomunizacji i ujawnienia przestępstw komunistycznych. I tym ludziom uniemożliwiono dalszą karierę naukową, Senat Uniwersytetu Warszawskiego odrzucił wnioski w sprawie przyznania im tytułów profesorskich. Obaj są nie tylko wybitnymi historykami, ale też w przeszłości twórcami niepodległościowego koncertu warszawskiej Czarnej Jedynki, organizowali akcję pomocy robotnikom w 1976 r., tworzyli Komitet Obrony Robotników. Byli wówczas za to prześladowani i to przez tych samych ludzi, którzy dziś chcą ich eliminować z życia naukowego, wówczas środowisko naukowe i studenckie protestowało. A dziś środowisko uniwersyteckie przeszło nad tym do porządku dziennego. To pokazuje skalę deprawacji tzw. elit i skalę wyzwań, przed jakimi stoimy. Także dlatego tak ważne jest, by proces odbudowy państwa mógł trwać.

Dziękuję za rozmowę.

Nowy zaciąg kontrwywiadu
Nasz Dziennik, 2007-08-13

Friday, August 10, 2007

Dżentelmeneria nowego typu

Dżentelmeneria nowego typu
Nasz Dziennik, 2007-08-10

Prawdziwa zasługa nie powinna pozostać bez nagrody. Wprawdzie ostatnio aż roi się od komentarzy na temat polskiej sceny politycznej, ale mało kto wspomina o jej prawdziwym kreatorze. No, może nie jedynym ani nawet nie najważniejszym, bo czyż można w Polsce prowadzić skuteczną politykę, nie będąc agentem jakiejś razwiedki? Jedna partia reprezentuje interesy BND, inna znowu - CIA, jeszcze inna - Mosadu, nie mówiąc już o GRU, a reszta - to partie nieskuteczne. Pomijając jednak te wszystkie razwiedki, wypada wspomnieć o panu Piotrze Tymochowiczu. Mówią, że wystrugał on z banana mnóstwo wpływowych mężów stanu, więc również jest niekwestionowanym kreatorem polskiej sceny politycznej.
Z panem Tymochowiczem zetknąłem się przed laty w warszawskiej telewizji kablowej Porion, gdzie akurat uczestniczyłem w programie na tematy obyczajowe. Program był nadawany na żywo, a oprócz pana Tymochowicza brała w nim udział dama uwielbiająca skandalizowanie. Wraz z panem Piotrem przedstawiła pogląd, że nie istnieją granice wstydliwości. Zaproponowałem jej tedy, by ściągnęła przed kamerami bieliznę. Nie chciała się zgodzić i w ten sposób okazało się, że granice wstydliwości jednak są, ale program oczywiście musiał się na tym zakończyć, bo nie było już nad czym dyskutować.
Mimo tego rodzaju pomyłek pan Tymochowicz rzeczywiście potrafi kreować wpływowych mężów stanu, toteż różni ambicjonerzy garną się podobno do niego na wyścigi. On robi z nich osobistości, i to pewnie dlatego politycy i partie coraz mniej się między sobą różnią. Jak się mają różnić, skoro wyszli spod jednej sztancy? Każdy jest, ma się rozumieć, wpływowym mężem stanu, ale jeden jest bardziej, a drugi mniej wpływowy. Najbardziej wpływowy i charakterystyczny dla tego grona wydaje się pan Andrzej Lepper.
Przebył on długą drogę, zanim został dżentelmenem. Być może właśnie dlatego stara się być nim w każdym calu. Obecnie za sprawą Adama Michnika w środowisku dżentelmenów pojawiła się nowa, świecka tradycja nagrywania prywatnych rozmów ukrytym magnetofonem i używania takich nagrań do szantażu. Szanujący się dżentelmen bez magnetofonu nie rusza się na krok i jeśli nie chce zostać autorytetem moralnym, to w ten sposób zbija kapitał polityczny. Ta nowa tradycja wypiera starą, którą najlepiej ilustruje przypadek rosyjskiego ministra spraw wewnętrznych Durnowa (tak się naprawdę nazywał!) i cesarza Aleksandra III. W środowisku ówczesnych "wykształciuchów" Aleksander III nie miał dobrej reputacji. Oto, jaką recenzję uzyskał pomnik tego cesarza: "Na cokole stoi koń, na koniu siedzi cham, na chamie - czapka". A jednak kiedy się okazało, że minister Durnowo próbował szantażować żonę argentyńskiego posła jej listami, które posiadał (z powodu zacofania technicznego nagrań wtedy jeszcze nie było), a poseł się poskarżył, cesarz odręcznym pismem nakazał: "Wypędzić won tę świnię w ciągu 24 godzin!" Miał oczywiście na myśli ministra Durnowa. I tak się stało.
Niestety, w demokracji, zwłaszcza takiej jak nasza, nie ma już powrotu do tamtych monarchicznych zwyczajów i standardów. Pewnie dlatego się ujawniło, że "elektorat" Platformy Obywatelskiej "wytrzymałby" chwilowy sojusz z panem Andrzejem. Dzięki temu można by przeprowadzić konstruktywne wotum nieufności, a więc zmienić rząd bez ryzyka nowych wyborów. Bez pana Andrzeja ta sztuczka nie mogłaby się udać, i to jest najlepsza ilustracja sukcesu pana Piotra Tymochowicza.

Stanisław Michalkiewicz

Polacy mamy problem Zloty jest za Mocny!

Polacy mamy problem Zloty jest za Mocny!

Tani import – spadek wzrostu exportu jest zly dla Polski.
Czy Argentyna sie powtorzy w Polsce 2008 roku?
Mocny złoty utrudnia życie eksporterom, osłabiając ożywienie gospodarcze.
Zgodnie z przewidywaniami, złoty umacnia się od chwili wejścia Polski do Unii Europejskiej.

Tymczasem eksporterzy, główna siła napędowa polskiej gospodarki, od wielu miesięcy sygnalizowali, że kurs waluty sprawia, iż balansują na granicy opłacalności.
Problem polega na tym ze nasz Rzad pozycza za duzo. Polska aby byla krajem niezalenzym finansowo i ekonomicznie musi zaczac splacaj zadlyzenie a niw zwiekszac w momencie koniunktory gospodarczej.

Wydajnosc produkcyjna musi sie podniesc. Ale problem jest ze regulacje biurokratyczne jeszcze sie nie zmniejszyly w tym samym czasie mamy niesamowity odplyw wykwalifikowanej klasy pracowniczej za granice kraju.

Takze przewiduje na koniec 2008 roku zalamanie rynku nieruchomosci.

Już parę lat temu mówiło się, że silny złoty zaszkodzi gospodarce, bo ograniczy eksport, ale do tego roku tak się nie stało.
Z dwóch zapewne powodów. Po pierwsze eksporterzy są często również importerami kupującymi za granicą Polski materiały i podzespoły do swojej produkcji, więc silny złoty zmniejsza ich koszty. Po drugie siła złotego wymusiła na producentach posunięcia zwiększające wydajność pracy. Tyle tylko, że zawsze jest gdzieś granica, po której przekroczeniu tego typu czynniki przestają działać, a silna waluta zaczyna naprawdę szkodzić ograniczając konkurencyjność lub zyski (albo jedno i drugie). Wydaje się, że obserwujemy właśnie taki proces, bo dynamika wzrostu eksportu spada z miesiąca na miesiąc.
Silnym złotym cieszą się ci Polacy, który zaciągali kredyty walutowe, bo kupno mieszkań i innych dóbr konsumpcyjnych kosztuje ich mniej niż gdyby były to kredyty złotowe. Zachwyceni są też turyści, których zwiedzania świata lub odpoczynek w różnych znanych kurortach kosztuje coraz mniej. Poza tym tanieje import zagranicznych produktów, co powoduje, że coraz częściej kupujemy właśnie towary importowane z zza granicy. Ma to jednak również swoje złe strony. Kupując zagraniczne towary zwiększamy deficyt handlowy, a to na dłuższą metę może się skończyć bardzo źle. Poza tym zmniejszają się przeliczana na złotówki fundusze unijne, co ogranicza wspomaganie wzrostu gospodarczego.

Jak widać mamy z jednej strony eksporterów, deficyt handlowy i środki unijne, a z drugiej kredyty walutowe, turystykę i inflację. Jak się to uprości do takiej postaci to wydaje się prawie oczywiste, że zbyt silny złoty w końcu zaszkodzi gospodarce. Tyle tylko, że niewiele można w tej sprawie zrobić. Trzeba potężnej siły i wiedzy Banku Japonii (BoJ), żeby interweniować na rynku walutowym. BoJ robi to niezwykle umiejętnie - osłabia jena w momentach krytycznych z punktu widzenia analizy technicznej, a resztę robią już spekulanci. NBP nie ma ani siły ani chęci do podejmowania interwencji, ale jestem więcej niż pewien, że jeśli nasza waluta będzie się nadal wzmacniała to niedługo politycy zaczną naciskać na bank centralny, żeby
coś z tym zrobił.
Czyja polityka pieniężna? Zloty jest za mocny!!

Czyja polityka pieniężna? Zloty jest za mocny!!
Dla kogo jest dobry tak mocny Zloty?

Kto nas do tego naciska?

Czyli moje postulaty sie potwierdzaja.

Zbyt mocny zloty jest tylko dobry dla niedzynarodowej finansjery i bogatszych krajow Europy Zachodniwj, Stanow Zjednoczonych ktorych export do Polski jest bardziej konkurecyjny a Polski export za drogi.


Wysoka stopa procentowa i zbyt mocny zloty NIE JUST DOBRY DLA POLSKI.

Schladza niepotrzebnie rozwoj gospodarki. Jest tylko dobry dla duzych bankow miedzynarodowych a nie dla Polski.

Dla Polski glownym celem musi byc export i rynek dobrze platny w Polsce a nie wzrost importu i zamykanie zakadow pracy w Polsce albo migracja inwestycji na wschod gdzie sa tansze koszty pracy.
Popatzmy na rozwoj gospodarki Chin gdzie waluta jest bardzo slaba co sprzuja konkurecyjnosci produkcji chinskiej i powoduje niesamowity rozwuj gospodarki GDP 9-10% rocznie.
Jako Polska uczmy sie z bledow Argentyny ktora w latach 90-tych miala za mocna walute, polaczana z wartoscia dolara.

Co spowodowala calkowite zalamanie producji localnej, bezrobocie ponad 20%
Jedynie na tym zarobily miedzynarodowe firmy finansowe ( ponad miliard dolarow za emisje Argentynskich obligacji Banku Centralnego ).

Te same firmy naciskaly, jak naciskaja Polske teraz do ciaglego zadluzania sie kraju co doprowadzilo do calkowitej katastrofy finansowej Argentyny.

Gdzie byl w tedy Miedzynarodowy Fundusz Finansowy?

Tak wygladala w stylu Balerowicza rabunkowa wyprzedaz Argentynskiego dorobku narodowego za 5-10% wartosci realnej. Ludziom obiecywano piekne Ferrari samochody wciskano slogan " wez pozyczke a potem bedziesz myslal jak splacic "
Potem jesli nie splacisz ty wyslemy KOMORNIKA albo odetniemy ci dostawy ropy naftowej
jak stalo sie z Bialorusia.


Alex Lech Bajan
Polish American
CEO
RAQport Inc.
2004 North Monroe Street
Arlington Virginia 22207
Washington DC Area
USA
TEL: 703-528-0114
TEL2: 703-652-0993
FAX: 703-940-8300
EMAIL: alex@raqport.com
WEB SITE: http://raqport.com